wtorek, 21 lutego 2017

Cień Amorionu #28

– Kapitanie...
Głos Yvrina rozległ się tuż za drzwiami kajuty. Zapewne mężczyzna zaczepił dowódcę w korytarzyku przybudówki.
– Yvrinie.
– Dopływamy już do Elakki, więc uznałem, że najwyższy czas...
– Chyba wiem, o co chodzi. Nie masz jednak wobec mnie żadnych zobowiązań, więc nie musisz mi się tłumaczyć. Choć przyznam, że ciężko będzie znaleźć godnego ciebie zastępcę...
Zastępcę? Co on kombinuje?, pomyślała Scathach, unosząc się lekko z koi, by lepiej słyszeć.
– Dziękuję, kapitanie.
– Cóż, serce nie sługa, prawda? – odparł dość nostalgicznie dowódca, przyprawiając wojowniczkę o nieprzyjemny ciężar w żołądku. On chyba nie sugeruje, że... Że Yvrin… Bogowie, tylko nie to. – Mam nadzieję, że uda ci się jej pomóc. Jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebował...
– Oczywiście, kapitanie.
– W takim razie przygotuj się do zejścia na ląd. Potem możesz powiadomić resztę eskorty.
Usłyszała przytłumiony odgłos zamykanych drzwi do sąsiedniej kajuty i oddalające się po korytarzu kroki.
Opadła na koję, usiłując wmówić sobie, że to, co usłyszała, było jedynie próbą usprawiedliwienia przed kapitanem nagłego postanowienia zejścia na ląd. Starannie uciszała natomiast złośliwy głosik, który mówił, że Yvrin mógłby przecież równie dobrze po prostu wydostać ją z pokładu i zostawić w pierwszej lepszej tawernie, a po powrocie zapewnić, że znalazł jej właściwą opiekę...

Po raz kolejny zobaczyła go, kiedy już wpłynęli do portu. Przyszedł w towarzystwie kobiety, która przez ostatnie dni zajmowała się wojowniczką. Scathach nie wiedziała, czy czuje z tego powodu ulgę, czy raczej zawód, ale natychmiast przybrała maskę obłąkanej. Miała nadzieję, że po raz ostatni. Kobieta z załogi szybko spakowała rzeczy wojowniczki do marynarskiego worka i podała go Yvrinowi, a ten przerzucił jego pasek przez ramię, umieszczając obok własnego, identycznego. Już z bagażem, nachylił się nad wojowniczką i ostrożnie zarzucił sobie jej ramię na kark, po czym delikatnie ją uniósł. Scathach stłumiła odruchową potrzebę protestu i posłusznie przytrzymała się mężczyzny, pozwalając wynieść się z kajuty.
Chwilę potem poczuła na twarzy wiatr i omal nie skrzywiła się, wdychając niezbyt przyjemne portowe zapachy. Zachowała jednak spokój, powtarzając sobie, że już niedługo przed nikim nie będzie musiała udawać obłąkanej. Kiedy Yvrin przechodził przez pokład, czuła na sobie spojrzenia zgromadzonych tam marynarzy. Kątem oka zarejestrowała, że niektórzy zdejmują czapki lub salutują.
Miarowe wstrząsy, wywoływane kolejnymi krokami Yvrina, obudziły w niej kolejne niechciane wspomnienie. Ogień w żyłach, lodowate krople na twarzy i ból, ból, zbyt wiele bólu... Tym razem z ulgą ukryła emocje za maską bezmyślności.
Trap zaskrzypiał, kiedy Yvrin schodził z pokładu na ląd. Musiał zwracać na siebie uwagę większości ludzi znajdujących się w porcie. Scathach żałowała, że nie dopłynęli do Elakki pod osłoną nocy.
Zdawało jej się, że minęła wieczność, zanim Yvrin wniósł ją do jakiegoś budynku i położył na cienkim sienniku.
– Spokojnie, nikogo więcej tu nie ma – zakomunikował, a wojowniczka natychmiast z ulgą porzuciła udawanie. Usiadła ostrożnie i rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu, choć do oglądania było raczej niewiele. Surowe wnętrze sprawiało wrażenie, jakby nikt nie mieszkał w nim od dłuższego czasu.
– Gdzie jesteśmy? – spytała.
– W moim domu – odparł Yvrin, jakby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem. – A raczej w miejscu, w którym mieszkam, kiedy akurat nie jestem w rejsie – dodał po chwili. Oba worki z ich rzeczami postawił na stojącej w nogach wąskiego łóżka skrzyni. – Nie ma tu wiele, ale jakoś sobie radzę. Kiedy mnie nie ma, zagląda tu sąsiadka...
– Nie musiałeś tego robić.
– O ile dobrze pamiętam, sama poprosiłaś mnie o pomoc w wydostaniu się z Meduzy.
– Wiesz o co mi chodzi. Dlaczego po prostu nie zostawiłeś mnie w porcie? Dlaczego odszedłeś z załogi? – Czuła, że nie chce znać odpowiedzi na te pytania, ale miała dość panującego między nimi napięcia.
– Potrzebujesz pomocy, Scathach.
– Jedyna pomoc, o jaką prosiłam, nie tłumaczy tego, że... – Urwała nagle, bo właśnie odruchowo spróbowała wstać, ale mięśnie nóg, osłabione długą bezczynnością, odmówiły jej posłuszeństwa, a sama wojowniczka wylądowała na podłodze. Yvrin natychmiast podbiegł i uniósł ją, sadzając z powrotem na łóżku.
– To, że nie prosisz o pomoc, nie znaczy, że jej nie potrzebujesz – powiedział cicho, zanim się odsunął i przykucnął przed nią. Scathach milczała dłuższą chwilę, bezradna wobec oczywistego dowodu, że mężczyzna ma rację. – Nie przyszło ci do głowy, że zwyczajnie chcę ci pomóc? – spytał po chwili, szukając wzrokiem jej spojrzenia.
– Nie przyszło ci do głowy, że ja nie chcę pomocy akurat od ciebie? – odpowiedziała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Równie dobrze mogłaby uderzyć Yvrina w twarz.
– Myślałem, że nie masz już żalu o to, co wtedy mówiłem – powiedział wreszcie z bólem w oczach. Przez chwilę korciło ją, żeby zasłonić się pretekstem, który jej w ten sposób podsunął. Żeby udawać, że zraniła ją pogarda, którą okazał poznawszy jej tożsamość... Wiedziała jednak, że Yvrina to nie przekona. – Przeprosiłem wtedy szczerze. Nie powinienem był...
– Potępiać mnie za coś, co sam kiedyś robiłeś? Owszem, nie powinieneś – przerwała mu z mimowolnym chłodem w głosie. Oczy Yvrina rozszerzyły się w czystym szoku.
– Skąd ty... – zaczął, po czym urwał, kiedy na jego twarzy zagościło zrozumienie. – Wiedźma. To tego się od niej dowiedziałaś.
– Między innymi. – Przytaknęła oszczędnym ruchem głowy.
– Skoro tak, powinnaś chyba wiedzieć, dlaczego...
– Nie chcę.
– Pozwól mi się wytłumaczyć...
– Nie! – krzyknęła znacznie głośniej niż zamierzała. Yvrin natychmiast umilkł. – Nie jesteś mi winien żadnych wyjaśnień. Nie chcę tego słuchać. To niczego nie zmieni.
– Dlaczego?
Milczała, próbując odwlec ten moment. Było za późno, żeby się wycofać, ale podświadomie czuła, że od tego, co teraz powie, będzie zależeć dużo więcej, niż samopoczucie Yvrina.
Zmieni się wszystko… Lub nic.
Spojrzała Yvrinowi w oczy. Dostrzegła w nich ból i dezorientację.
– Ponieważ tamtej nocy nad morzem, mimo że zabiłeś tylko jednego człowieka, zabrałeś więcej niż jedno życie – powiedziała w końcu, po czym spuściła wzrok na swoje ręce.
Yvrin milczał.
Nie potrafiła podnieść wzroku, kiedy bez słowa podniósł się i wyszedł. Trzasnęły drzwi.
Przez chwilę Scathach trwała w bezruchu, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Powiedziała to. Na bogów, powiedziała to... Po raz tysięczny pożałowała, że poznała prawdę. Może byłoby lepiej, gdyby to się nie wydarzyło. Mogłaby dalej nienawidzić człowieka, który zabił jej Mistrza, mogłaby nadal myśleć, że to potwór bez serca. Mogłaby nadal myśleć, że Sarghan Redroe był dobrym człowiekiem.
Nie zdawała sobie sprawy, jakie wszystko było wtedy proste.
Ukryła twarz w dłoniach, ale mimo szalejącej w niej burzy emocji, które rozpaczliwie potrzebowały ujścia, mimo ogarniającego ją poczucia straty, nie zaczęła płakać.
Już od dawna nie potrafiła tego robić.

Z tej dziwnej apatii wyrwało ją ciche pukanie do drzwi. Poderwała głowę, ale nie odezwała się. Co powinna zrobić? Cóż, podejście do drzwi odpadało... Nie chciała też zapraszać kogokolwiek do środka bez zgody Yvrina.
– Proszę się nie obawiać, panienko. Wiem, że pan Yvrin wyszedł. Jestem jego sąsiadką – usłyszała kobiecy głos zza drzwi.
– Proszę – odpowiedziała niepewnie.
Po chwili do izby weszła dojrzała kobieta o pogodnej, choć zniszczonej twarzy i mocno posiwiałych włosach, spiętych ciasno z tyłu głowy.
– Nazywam się Vela Dorith – zakomunikowała, zdejmując przerzuconą przez ramię torbę. – Mieszkam na górze... Widziałam jak wróciliście i pomyślałam, że przyda się pomoc. – Na jej twarzy zagościł wyraz troski. – Dobrze się czujesz, moja droga?
Scathach, którą akurat lekko zemdliło od zawrotów głowy, pokręciła głową.
– Ja nie... Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale chyba powinnam już iść – powiedziała mimo to, próbując wstać, ale natychmiast pociemniało jej przed oczami i opadła z powrotem na posłanie.
– Cóż, ta kwestia chyba nie podlega dyskusji – zauważyła kobieta z lekkim uśmiechem. – Póki co nigdzie się nie wybierasz. Za to dobrze ci zrobi zupa, tam na morzu karmią gorzej niż w najpodlejszych spelunach... – Zakrzątnęła się szybko, wyciągając z torby zakryte drewniane naczynie i łyżkę, a następnie przysunęła do łóżka stołek, na którym usiadła. – No już, panienko, proszę się tu oprzeć i nie utrudniać. Yvrin niedługo wróci i na pewno będzie zadowolony widząc panienkę w lepszym stanie.
– Ale... To znaczy... To naprawdę nie jest konieczne... – wyjąkała słabo wojowniczka.
– Nonsens. No już, zupa stygnie!
Scathach westchnęła i posłusznie oparła się o poduszkę.
– Masz siłę, by zjeść sama?
Skinęła twierdząco głową.
– Dziękuję – powiedziała cicho, przyjmując naczynie z posiłkiem.
– Nie ma za co, moja droga. Jesteś gościem Yvrina, więc również moim. – Vela uśmiechnęła się i gestem zachęciła ją do jedzenia. Parująca polewka pachniała wspaniale, choć prawdopodobnie miał w tym udział fakt, że wojowniczka przez ostatni tydzień jadła wyłącznie kleik. Po chwili wahania uniosła łyżkę do ust i ostrożnie spróbowała. Uśmiechnęła się mimowolnie.
– Smakuje ci? – spytała starsza kobieta, a Scathach natychmiast przytaknęła. – Cieszę się. Musisz nabrać sił, moja droga.
Zapanowało milczenie, a wojowniczka stopniowo opróżniała naczynie z zupą. Choć starała się jeść powoli, głód wziął górę i posiłek zniknął w kilka minut. Uśmiechnęła się z wdzięcznością do Veli, ale ta machnęła tylko ręką. Kiedy chowała pojemnik, Scathach zauważyła, że kobieta zerka przez okno.
– Martwi się pani o niego? – spytała.
– Och, nie, to nie tak. Yvrin jest dużym chłopcem, wiem, że zawsze sobie poradzi...
– Wie pani, dokąd poszedł, prawda?
– Domyślam się. Nigdy nie przepuszcza okazji, żeby ich odwiedzić. – Vela uśmiechnęła się smutno.
– Kogo?
– Żony i syna, oczywiście.
Scathach zaniemówiła. Starsza kobieta musiała zauważyć nagłą zmianę na jej twarzy, bo natychmiast się zmieszała.
– Nie wiedziałaś? Bardzo przepraszam, myślałam... – zaczęła, ale wojowniczka uciszyła ją gestem.
– Proszę się nie martwić. Yvrin... Tylko mi pomaga, to wszystko. Nic nas nie łączy – wyjaśniła, by Vela nie zaczęła wątpić w uczciwość Yvrina wobec jego ukochanej.
– Och... Nie, nie, zupełnie źle mnie zrozumiałaś, moja droga – zaprotestowała Vela. – Yvrin pewnie sam w końcu by ci o tym powiedział... Może nie było okazji...
– O czym pani mówi?
– Yvrin od ośmiu lat jest wdowcem. Jego żona i synek zginęli... Kiedy wraca z rejsu, odwiedza ich na cmentarzu.
Scathach wciągnęła gwałtownie powietrze. Osiem lat...
Bogowie. Jak mogła być tak głupia?
– Cieszę się, że ma kogoś bliskiego – dodała staruszka z lekkim uśmiechem. – Już najwyższy czas.
– Ale my naprawdę nie... To znaczy...
– Słyszałam waszą... sprzeczkę.
– Och – wybąkała Scathach, zbita z tropu.
– Nie całą oczywiście, nie chciałam podsłuchiwać... Po prostu mieszkam na piętrze, a wy mówiliście dość głośno...
– Rozumiem.
– To dobry człowiek, moja droga. Godny zaufania...
– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale na tym właśnie polega problem.
Vela milczała przez dłuższą chwilę, przyglądając się uważnie swojemu gościowi.
– Dużo przeszłaś, prawda? – spytała w końcu.
– Nie wiem o czym pani mówi – odparła Scathach, odwracając wzrok.
– Widzę to. Kiedy jest się w moim wieku, pewne rzeczy poznaje się od razu... Ty jesteś młoda, ale dużo już widziałaś. Może za dużo. – Starsza kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Nie powinno mnie tu być – stwierdziła wojowniczka, ignorując wypowiedź staruszki. – Jeśli chce pani dobra Yvrina, proszę mi pomóc zniknąć. Tak będzie dla niego najlepiej.
– Jesteś pewna?
– Oczywiście – odparła z lekką irytacją.
– A ja myślę, że potrzebujecie siebie nawzajem.
– Wnioskuje pani po naszej sprzeczce?
– Nie, moja droga. Widziałam, jak wnosił cię do domu. Od bardzo dawna nie widziałam go takiego...
– Jakiego?
– Zaangażowanego. Po śmierci rodziny na długo stracił chęć do życia. Oczywiście, po żałobie od razu rzucił się w wir pracy, wciąż wypływał na nowe rejsy... Ale znam go, od kiedy skończył pięć lat i wiedziałam, że to tylko pozory. Jego życie było puste, podobnie jak jego dusza. Aż do teraz.
Scathach milczała, onieśmielona tak drobiazgowym opisem.
– Nie znam twojej historii i nie wiem, co zaszło między tobą, a Yvrinem... Ale myślę, że nie powinnaś uciekać tylko dlatego, że tak byłoby łatwiej. A teraz – dodała, zanim wojowniczka miała szansę odpowiedzieć – powinnaś się trochę przespać. Yvrinem się nie martw, wróci. Póki co odpoczywaj. – To powiedziawszy, wyszła, zabierając przyniesione rzeczy. Zapadła cisza, a po obecności Veli Dorith nie pozostał nawet drobny ślad. Gdyby nie smak zupy w ustach, wojowniczka niemal gotowa byłaby uwierzyć, że rozmowa z kobietą była jeszcze jednym snem.
Przesunęła się ostrożnie na łóżku i położyła, ale wątpiła, by udało jej się zasnąć. W jej głowie krążyły wspomnienia, słowa i domysły. Teraz, po rejsie do Elakki, kiedy nie mogła już udawać sama przed sobą, że powinna skupić się na utrzymaniu w tajemnicy prawdy o Morskiej Wiedźmie, kiedy nie musiała już udawać obłąkanej, ciężar prawdy zdawał się przygniatać ją jeszcze bardziej niż na początku. Coraz trudniej było jej połapać się w tym wszystkim, nie wspominając o rozeznaniu się we własnych emocjach, a wizyta pani Dorith tylko pogorszyła sprawę.
Jeśli wcześniej jej świat legł w gruzach, to teraz jego odłamki przypominały pył.

<<  #27                                                                                                                                    #29  >>
__________
Od autorki:
Rozdział dodaję po długiej nieobecności, ale zbiegiem okoliczności w Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Z tej okazji chciałabym wyrazić dumę, że mogę pisać właśnie w języku polskim.
~ Insa

Share:

1 komentarz:

  1. Nie było mnie tu od dawna, toteż trochę się zagubiłam w fabule.
    Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że Vela mi się podoba. Taka typowa swatka. Uśmiałam się... tutaj:
    "– Cieszę się, że ma kogoś bliskiego – dodała staruszka z lekkim uśmiechem. – Już najwyższy czas.
    – Ale my naprawdę nie... To znaczy...
    – Słyszałam waszą... sprzeczkę.
    – Och – wybąkała Scathach, zbita z tropu."
    Życzę weny i chęci do pracy :)
    I, oczywiście czekam na nowy rozdział.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!
Czytasz? Komentuj!
Nic tak nie motywuje do dalszej pracy, jak widok komentarzy pod tekstami. Pozytywnych, krytycznych, obojętnie - byle szczerych!